Archiwum dla miesiąca: Kwiecień, 2010
Po co walidować? Czy jest to niezbędne? A może nie mamy się czym martwić? Subiektywna opinia o walidacji.
Jest to moja subiektywna opinia, nie trzeba brać jej do serca, ale może warto przeczytać?
Prosto z mostu, presja niektórych na walidację stron strasznie mnie wkurza, szczególnie, że poza kilkoma drobnostkami, nie ma to specjalnie wpływu na nic. Nawet Google oficjalnie się wypowiedziało w tym temacie, żepozytywna walidacja nie ma żadnego wpływu na pozycję.
Oczywiście czystość i przejrzystość kodu to ważne cechy dobrego kodu i chwała tym programistom, którzy taki właśnie tworzą. Kolejnym argumentem za walidacją, jest uniwersalny, prawie taki sam wygląd strony na wszystkich przeglądarkach, jeśli jest dobrze walidowana. Nic tak nie wkurza, jak strona rozjeżdżająca się pod Mozillą, kiedy pod IE jest wygładzona. Te ikonki pare lat temu „Strona dobrze wygląda na IE 4.0 w rozdzielczości 800×600″, no masakra… Ale jeśli strona wygląda dobrze pod wszystkimi przeglądarkami, to po co ten raban z walidacją?
Rozumiem wszystkie argumenty, ale się z nimi nie zgadzam. Może to tak jak z ortografią, można pisać z błędami, ale wszyscy nas rozumieją, jak to mi powiedziano na forum e-biznesy? No nie do końca, bo to chodzi o przekaz, który się niczym nie różni. Dopiero zagłębiając się w kod widać jego niedociągnięcia, które poza małą grupą ludzi, nikogo nie interesują.
Powiecie, że strona ładuje się szybciej, roboty szybciej indeksują stronę. No coś w tym jest… z tymi robotami, ale nie przejmuję się tym specjalnie, skoro strona jest zaindeksowana, a i na pozcycję w Google nie narzekam. A strona która ładuje się szybciej? To miało sens kilka lat temu na modemach, a teraz, kiedy strony są przeładowane taką ilością Flasha, video, grafiki, to jakieś niedocięgnięcia w kodzie nic nie zmienią.
Wiele skryptów, czy rozwiązań Open Source odbiega nieco od widzi mi się W3C. A przecież skoro są już te rozwiązania, to po co je pisać od nowa, specjalnie dla walidacji?
Sklepy, CMSy, edytory WYSIWYG w nich zawarte, no nie dajmy się zwariować.
Podkreślam, chodzi o wypadek, kiedy mimo braku poprawnej walidacja strona działa i wygląda tak samo na głównych przeglądarkach. A błędów walidacji nie ma zatrważająco wiele.
Zwalidowałem sobie znane sklepy, nikt się jakoś nie przejmuje, sklepy działają, wyglądają i co najważniejsze – sprzedają:
empik.pl - 274 err, 203 war
merlin.pl – 100 err, 14 war
euro.com.pl – 17 err, 13 war
intymna.com – 16 err, 1 war
Jedyny jaki znalazłem podczas losowych poszukiwań, który przeszedł walidację:
agito.pl - 0 err, 0 war, brawo :)
Zwalidowałem przykładowy sklep postawiony na Prestashop, przykładowe dane i nic nie zmieniałem, 2 błędy, no ładnie :) Pozmieniany sklep, z dodatkowymi modułami, produkatmi, 98 błędów, 23 ostrzeżenia. To samo dla Os Commerce, 12 błędów, 2 ostrzeżenia. Mój blog natomiast 53 err, 6 war, a wszystko działa, nie jestem z tego dumny, ale nie przejmuje się tym jakoś, może kiedyś jak się będę nieziemsko nudził i przeczytam cały internet i nie będę miał już pomysłów jak zabić nudę, to pomyślę nad zmniejszeniem ilości tych błedów…
Tym razem krótko i na temat. Jeśli walidator pokazuje nam kilka-kilkanaście błędów, a strona działa i wygląda tak samo pod wszystkimi przeglądarkami, to nie musimy na to zwracać szczególnej uwagi jeśli myślimy o e-handlu. Oczywiście, jeśli tworzymy strony, zarabiamy na tym, może znaleźć się klient, który gdzieś od kogoś słyszał o walidacji i tu ma taki link i on chce, żeby było zielone „passed”, wiadomo… klient nasz Pan i jeśli nie przekonacie go do innego zdania na temat standaryzacji kodu, to nie macie wyboru. A może macie inne zdanie i mnie do niego przekonacie? Make my day…
|
Wpisane w kategorii: ( Pozycjonowanie) przez: Michał Pogrudka dnia: 14 kwietnia, 2010
Jak długo można czekać na efekty pozycjonowania? Skąd biedny klient może wiedzieć, że pozycjoner nie robi go w balona?
Do napisania tych kilku słów zainspirował mnie znajomy, który zadzwonił z pytaniem niczym z pewnej reklamy, „Czy oni nas nie rąbią jak mogą?”, mając na myśli długoterminowy brak efektów zleconego pozycjonowania.
Odpowiedź nie jest prosta i jednoznaczna, jakby się niektórym mogło zdawać.
Taka hipotetyczna sytuacja. Jest strona firmowa, którą właściciel chce wypozycjonować. Firma jest z branży budowlanej i zajmuje się szeroko pojętymi wnętrzami. Główne zajęcia to dekoracje, malowanie i tapetowanie. Pozycjoner bez konsultacji zakłada, że to będą frazy na które ma reagować Google, różne odmiany słów, dodatkowo kombinacje z nazwą miasta i nazwą firmy, bo skoro ma wolną rękę, to działa. Standardowo klient się targuje i od razu pyta „Kiedy? Czy już, a może jutro?”Schodzi z ceny o połowę.
Ja już bym sobie odpuścił, ale nie nasz pozycjoner. Zaczyna pracę. Klient ma wątpliwości, czy może dać login i hasło do swojego FTPa, no ale po wyjaśnieniach w końcu daje. Mija tydzień i nie ma efektów! W dodatku chłystek uzupełnił stronę o jakieś lanie wody, treści gdzieniegdzie pogrubione, linki do podstron. W dodatku wziął za to cały dzienny utarg firmy, a to już drugi tydzień, jak firma nie zwiększyła sprzedaży, mimo inwestycji w pozycjonowanie, skandal!
Oddałbym zaliczkę, przywrócił starą kopię strony i zapisał namiary na zleceniodawcę, by na przyszłość móc go omijać szerokim łukiem. Ale nie nasz twardy pozycjoner, cedzi przez zęby wyjaśnienia, coraz rzadziej odbiera telefony od klienta. Ale walczy.
Po miesiącu, dwóch, strona trafia na 2-3 stronę wyszukań głównych słów kluczowych, na jakieś kombinacje nawet na pierwszą, nazwa firmy to 1-3 miejsce.
Pozycjoner wie, że to dopiero początek, ogólnie jest zadowolony. Ale nie jego klient, „Przecież nikt nie wchodzi na 2-3 stronę Google”, czas wykonania uslugi zupełnie nie odpowiada klientowi, a poza tym „dlaczego wpisując coś o przyciemnianiu szyb, nie znajduje naszej firmy?”, niezadowalająca jest w tym momencie i kwota, a przeciez od początku współpraca nie układała się kolorowo, pozycjoner na pewno chce go oszukać!
Panowie mogą teraz zakończyć współpracę na dwa sposoby, ale żaden z nich nie zadowala dostatecznie żadnego z nich. Pozycjoner odda zaliczkę, przywróci starą stronę, ale nikt mu nie zwróci za czas włożony w pracę, lub obaj Panowie zostaną przy tym co mają i zaprzestają współpracy, pozycjoner ma jakąś minimalną zaliczkę, klient „słabo” wypozycjonowaną stronę.
Być może tak wypozycjonowana strona wkrótce sama podskoczy w wyszukiwarce? Być może wykorzysta to kolejny zatrudniony, tym razem pseudo-pozycjoner, dostając kasę za wyniki, do których nawet nie zdąrzył przyłożyć ręki? Natomiast poprzedni pozycjoner ma być może darmową anty reklamę z ust niezadowolonego klienta?
Znacie to skądś? Temat rzeka. Ale co w takim razie można zrobić?
- spisywać dokładne umowy
- jeśli klient oddaje się w ręce pozycjonera „ma działać, to Pan sie zna, ufam Panu”, to niech ufa do końca, ale pozycjoner też nie może zawieść klienta, jakimś uchybieniem, którego można było uniknąć
- niska cena często oznacza oszusta, kręcenie nosem przez klienta od samego początku, tak samo, choć rzecz jasna, to nie jest reguła
- klient nie może się domagać wyników w krótkim czasie, ale jeśli nie widzi ich od 20 miesięcy, to może mu się nie dziwmy?
Co ważniejsze, jeśli pozycjonujemy stronę szeroko, tzn. nie poszczególne frazy, tylko wiele podstron na dane słowa kluczowe, osiągnięcie efektu może trwać dużo dłużej. Ale czy nie lepiej poczekać na pierwszą strone na frazę „canon eos 450d”, niż samo „aparaty fotograficzne”? Bo kto prędzej kupi od nas aparat? Ktoś kto szuka jakiegoś aparatu i być może od razu wyjdzie z naszej strony? Czy osoba, która szuka konkretnego modelu?
Na wyniki można czekać czasem długo, często dłużej niż ma cierpliwości klient. Często może to kusić naciągaczy na zdobycie kasy za pracę, którą trudno kontrolować, czy też w związku z tym samym utracić zaufanie do uczciwego wykonawcy, któremu te efekty przychodzą trudniej.
Pozostaje nam wierzyć w ludzi i wystrzegać sie tych, którzy już na wstępie kręcą. Zarówno zleceniobiorców, jak i dawców.
|
Jaką platformę sklepową wybrać? Może rozwiązania autorskie? Być może Open Source?
Na etapie zakładania każdego sklepu internetowego przychodzi czas na wybór oprogramowania sklepu, bądź całej platformy, na której będziemy prowadzić sprzedaż. Wybór jest duży, począwszy od płatnych platform, płatnych rozwiązań autorskich, poprzez darmowe sklepy oparte na otwartym kodzie, skończywszy na własnym rozwiązaniu autorskim.
Rozwiązania płatne
Prosta zasada „płacę – wymagam” może być tu głównym argumentem. Coś nie działa? Jest support. Klient wykłada kasę i dostaje co chce… w większości wypadków, bo czy nie zdarzyło się Wam korzystać z jakichś usług i uslyszeć „Panie kierowniku, nie da się”? A żeby mieć pewność, sami musielibyśmy się tym zająć. Z wykonawcami IT, może, choć nie musi być podobnie.
Rozwiązania autorskie
Bardzo fajnie byłoby umiec zrobić taki sklep od A do Z samemu. Bez wkładu finansowego, rozwiązania takie jak sami wybierzemy. Podstawowym problemem są umiejętności. Czy sklep będzie działał jak należy, czy będzie bezpieczny? Pozostaje oprogramować płatności, porównywarki i inne typowe moduły, które gdzieś przecież ktoś już zaprogramował i udostępnił. Czemu więc nie skorzystać?
Darmowe sklepy
Skoro można skorzystać z kilku modułow ogólnodostępnych, to czemu nie skorzystać z całego gotowego rozwiązania open source? Przecież działa, do polepszania tych rozwiązań przyczyniło się wielu programistów, jednocześnie użytkowników, którym przyświecał ten sam cel, ulepszanie, w większości wypadków bez pobierania za to kasy. Wiele płatnych rozwiązań opiera się na oprogramowaniu Open Source, zespół programistów przytula jakiś otwarty projekt, udoskonala na potrzeby firmy i udostępnia odpłatnie na własnej platformie. Myślę, że to jest dobry argument za takim rozwiązaniem. Nie myślcie jednak, że jest ono bez wad. Głównie obawiałbym się czegoś co jest jednocześnie główną zaletą, ogólnodostępny kod. A myślicie, że nie znajdzie się cwaniak, który chciałby to wykorzystać przeciwko Wam, choćby tylko po to, żeby zaistnieć? Całe szczęście oprogramowanie to jest nonstop ulepszane, a tych dobrych programistów jest więcej niż tych złych.
Reasumując, każdy wybierze rozwiązanie, na daną chwilę najlepsze dla niego. Dla danych warunków finansowych i wymagań technicznych, czy potrzeby chwili, każde z tych rozwiązań może wydać się najlepsze, jak i najgorsze. Jak najbardziej można pomieszać ze sobą te rozwiązania. Osobiście skłaniałbym się ku otwartemu oprogramowaniu i jego ulepszaniu. Ale o tym może następnym razem?
|
|
|